|

Praktyczny przewodnik
dla uczestników szkoleń. Jak przezyć każde szkolenie.


Słowo o mobbingu

Słowo o manipulacji
Kontakt
Telefony
509 274 053
|
|
„Z faktu, że coś
się robi,
nie wynika, że robi się dobrze.
W jednych firmach
tworzone są skomplikowane systemy
szkoleniowe, w innych podnoszenie kwalifikacji przybiera postać
przypadkowych
zajęć, zjawiających się nie wiadomo skąd i dlaczego, niczym grozę
wieszcząca
kometa. Często zresztą niepokój, jaki wzbudzają szkolenia i
komety, jest bardzo
podobny.
„Jakie
płyną
wymierne zyski ze szkoleń?” — oto
prawie hamletowskie pytanie.
My
zaryzykowalibyśmy twierdzenie, że gdyby pozostawić decyzję
uczestnikom szkoleń, to całe mnóstwo firm szkoleniowych,
zajmujących się tzw.
„miękkimi kompetencjami”, nie miałoby, co robić; i
to niekoniecznie dlatego, że
źle szkolą, ale — według naszych obserwacji — w
wielu wypadkach nabywane
umiejętności w niczym nie poprawiają sytuacji pracownika w firmie, nie
przekładają się na jego ścieżkę kariery. Szkolenia stają się sztuką dla
sztuki
albo okazją do rekreacyjnego spotkania towarzyskiego przy piwie. Jeżeli
szkolenia przekształcają się w „nową świecką
tradycję”, a udział w nich zaczyna
przypominać występy w tradycyjnym japońskim teatrze kabuki,
w którym wszyscy wiedzą, jakie mają
odgrywać role, aby „tradycji” stało się zadość, to
po co brać udział w
tworzeniu fikcji? Kompletną katastrofą jest natomiast sytuacja, w
której kursy (często
przeładowane teorią) organizowane są tak, by odpowiadały
zainteresowaniom
prowadzących i jedynie deklaratywnie uwzględniają uwarunkowania, w
jakich musi
funkcjonować uczestnik szkoleń (oczywiście bywa i tak, że zdarzają się
kursanci o nie do
końca napiętych strukturach poznawczych…).
Kiedyś, podczas
zamkniętego szkolenia (a doskonaliliśmy
wówczas menedżerów średniego szczebla firmy
liczącej ok. 1 000
pracowników), namawialiśmy pewnego bardzo zdolnego i
sympatycznego menedżera do
tego, żeby w swojej pracy nie działał za szybko i impulsywnie, ale by
czasem
poświęcił kilka minut na refleksję i myślenie. Odpowiedział nam:
„Wyobraźcie
sobie, że w pracy, u siebie w kantorku, tak sobie właśnie siedzę. Na to
przychodzi prezes i pyta: »Co wy tak… Co wy
robicie?«. A ja bym odpowiedział: »Myślę,
panie prezesie, myślę!« — to on by mnie z roboty
natychmiast…”. Wypowiedzi tej
towarzyszyło smętne potakiwanie głowami reszty uczestników
zajęć.
Wydaje się nam (i
bardzo chętnie damy się wyprowadzić z
błędu, jeśli w takowym tkwimy), że hasłowość i fasadowość zagościła na
dobre w
wielu firmach, w polskim HR i odbywa się swego rodzaju
„haerowe malowanie trawy
na zielono”, czyli przerzucanie się modnymi hasłami i
koncepcjami, natomiast —
poza sprawami „kadrowymi” — działy HR nie
pełnią służebnych zadań wobec
pracowników (wg Druckera, menedżera należy
porównywać ze sługą organizującym
innym pracę). Nie przeszkadza to w częstym deklarowaniu, iż:
„najważniejszym
zasobem firmy są ludzie”; jednak na poziomie konkretnych
działań bardzo trudno
to dostrzec. Nie uważamy, że jest to wynik jakiejś zmowy czy
szczególnej
demoniczności twórców polityki personalnej firm,
ale raczej czynników
sytuacyjnych, w jakich przyszło im pracować. Ciągle aktualne są
problemy wskazane
przez Aleca Reeda: „Jeśli
ludzie są największymi
aktywami firm, jak to możliwe, że działy personalne odgrywają w
przedsiębiorstwach tak marginalną rolę? (…) Największą
innowacją ostatnich lat
w dziedzinie gospodarowania zasobami ludzkimi jest w gruncie rzeczy
outsourcing, który właściwie można uznać za przejaw
degradacji działów
personalnych (chociaż, rzecz jasna, nie musi nią być)”.
Czy w wielu firmach
zachodzą takie zjawiska? Obawiamy się,
że w zbyt wielu…
Na rynku pracy, na
którym decyduje pracodawca, pracownicy
mają poważnie ograniczoną szansę najskuteczniejszego protestu przeciw
złym
stosunkom pracy, jakim jest przeniesienie się do innej firmy. Taka
sytuacja
najczęściej skutkuje wypalaniem się pracowników, utratą
motywacji, cynizmem,
słabą jakością i efektywnością pracy.
|